Autor:3um/Na:słuch
z serwisu muzycznego EMD - emd.pl/wiki
(z a p i s k i n i e z o b o w i ą z u j ą c e)
tryptyk filmowy
porozmawiaj z nią
W ostatnich kilkunastu dniach miałem okazję (po-koncertową) porozmawiać z trzema artystkami: AGF, Audrey Chen i Clementine Gasser. Dwie pierwsze rozmowy przeprowadziłem dla pewnego medium, mam nadzieję, że kiedyś jakoś zaistnieją, więc tutaj tylko kilka ciekawszych rzeczy, może kogoś zainteresują.
Greie-Fuchs zapytana o nowy album mówiła, że nieobecność słów, wynika nie tylko z niemożliwości mówienia o niektórych sprawach, ale była też dla niej szansą na sprawdzenie swoich umiejętności jeśli chodzi o robienie muzyki, produkowanie. Na pytanie o duet z Zavoloką powiedziała, że uważa, że ich album jest niedoceniony i zbyt mało osób chce organizować ich koncerty. The Lappetites pracują nad operą (czyli tytuł ich płyty - "Before the Libretto" nie był przypadkowy), którego tematem będą ojcowie członikiń kwartetu, zła wiadomość jest taka, że Eliane Radigue już nie angażuje się tak bardzo w działania zespołu, zostanie może taką mentorką, a być może pojawi się ktoś na jej miejsce.
Audrey Chen zapytałem o jej drogę do obecnego etapu grania na żywo (elektronika, głos, wiolonczela). Uczyła się gry na wiolonczeli i śpiewu klasycznego (wykonuje muzykę dawną i współczesną), te umiejętności uznała za przydatne w improwizacji. Podkreślała, że w ten świat wprowadzili ją ludzie z Baltmiore, że weszła w to nie przez słuchanie nagrań, a przez działanie. Najpierw była wiolonczela, potem doszedł głos i na końcu elektronika. Na pytanie o projekty mówiła o tym, że jest wiele rzeczy, ale ma też świadomość, że mało jest płyt z nią, że chciałaby coś wydać, ale trudno jej to ogarnąć. Okazało się, że duet z Alessandro Bosettim jest ostatnio mniej aktywny (bo on koncentruje się na kompozycjach), poza tym współpraca z Philem Mintonem, Frédériciem Blondy'm oraz rezydowanie w STEIM w Amsterdamie z Nate'm Wooley'em i Spencerem C. Yeh.
Clementine Gasser - kolejna wiolonczelistka, też klasycznie wykształcona. Również stwierdziła przydatność tej nauki w improwizacji, ale dodała, że improwizacja umożliwia przełamywanie, otwieranie się, rewolucję (z wykrzyknikiem). Pociągnęliśmy wątek związków tych dwóch podejść i Gasser opowiadała, że zdarza się jej spisywać nagrane improwizacje, które potem wykorzystuje w komponowaniu w formie surowej albo przekształconej przez granie na ich bazie. Czytałem, że ma wyjść jej wspólna płyta z Trzaską - zostanie ona nagrana teraz w Alchemii (no proszę, to może będzie jakiś nowy mini-nurt). To nas doprowadziło do Kilogramu i tego jak starannie wydawane są tam płyty, Gasser powiedziała, że bardzo lubi "Andruchoid". Dopiero w trakcie rozmowy przypomniałem sobie o Noidzie, austriackim wiolonczeliście-improwizatorze, gdy okazało się, że grali ze sobą, podsunąłem, że mogliby nagrać coś razem.
głośniej od bomb
Długo się do tego zbierałem, ale już nie mogłem ścierpieć buczenia jednego z głośników (który kiedyś upuściłem przy przenoszeniu). W końcu nadszedł ten moment, że kupiłem aktywne monitory i zewnętrzną kartę dźwiękową i mogę napawać się dźwiękami, bez strachu, że rezonans jakiejś gitary poruszy część głośnika i będzie brzydko bzyczeć. Reszta domowników zapewne nie jest taka szczęśliwa, bo choć staram się ograniczać głośność, to jest to trudne, gdy potencjał sprzętu spory, więc być może terroryzuję ich co nieco. Jednak ważniejsze są pozytywy, na przykład to, że wracam do starych płyt i słucham ich jakby na nowo, słyszę rzeczy, których wcześniej nie było.
powrót do przyszłości
W ogólę lubię wracanie do starych rzeczy, sprawdzanie jak się trzymają, jak znoszą próbę czasu, jak mieszczą się w nowym kontekście (czyli kolejnych przeze mnie słuchanych rzeczach). Również ciekawe jest wygrzebywanie czegoś z odmętów czasu (ostatnio "Scend" O'Rourke'a i "Hotel Para.lel" - remaster). Tym razem chcę napisać o tym pierwszym zbiorze.
Wróciłem do tej płyty w ramach przygotowań do "Gospel", z którego kilka utworów (interesujących całkiem) usłyszałem w Trójce, gdzie była to płyta tygodnia.
Dziś słuchając "Guseł" zacząłem się zastanawiać, jak to się stało, że kupiłem tą płytę. Był 2002, czyli chyba wychodziłem już z słuchania niemal wyłącznie hip-hopu, zapewne przeczytałem jakąś recenzję tego albumu i gdy okazało się, że leżał po prostu na półce w empiku, kupiłem bez sprawdzania. Ale wspomniana czarna muza też się przyczyniła, gdyż ludzi tworzących Lao Che znałem z Koli i ich (na pewno wartego uwagi i raczej niezwykłego) albumu "Szemrany", który hiphopowe schematy, patenty przenosił do międzywojennej Warszawy. (recenzja (http://muzyka.onet.pl/0,52445,recenzje.html))
"Gusła" cofają się jeszcze dalej: do romantyzmu (tekstwo), a także (głównie) dźwiękowo do nieokreślonej jeśli chodzi o miejsce i czas - Słowiańszczyzny. Pamiętam, że od początku miałem amibwalentne odczucia, z jednej strony jest ten cały klimat, aura, atmosfera (która do mnie przemawia), a z drugiej większość utworów opiera się na triadzie gitara-bas-perkusja, oczywiście nie jest to rockowe nawalanie, ale jednak. Na pewno wolałbym, żeby muzycy całkowicie porzucili piosenkową formę, żeby poszli w taką słuchowiskowość jak w wieńczącym krążek "Kacie" albo w aforystyczność, jak w miniaturkach-majstersztykach ("Junak", "Topielce"). Choć i tak, już to co mamy tutaj jest sporym odejściem od standardowych "kawałków".
Nie jest jednak tak, że cierpię i zżymam się na bazowanie na takim instrumentalnym fundamencie, gdyż jest on tylko punktem wyjścia (a nawet sam w sobie jest chwilami nieźle pokombinowany). Oprócz niego jest wiele wiele szczegółów, wstawek, dodatków: dźwięki terenowe (może spreparowane na potrzeby zespołu a może wyciągnięte z filmów), sensownie użyte, sugestywne, skrawki radiowe, perkusjonalia, fortepian, trochę elektroniki. Poza tym choć wokalista jeden, to sposobów śpiewania/mówienia kilka. A same teksty też ciekawe, tak mniej więcej w połowie zrozumiałe bez książeczki, więc partie można traktować jak kolejny instrument.
Po dzisiejszym odsłuchu stwierdziłem, że płyta jest nadal dla mnie interesująca, że możliwe jest wciąż odkrywanie w niej nowych warstw, dostrzeganie kolejnych przemyślnie porozkładanych szczegółów. A kompozycje - tekstowo-dźwiękowe całości (a każda jest częścią czegoś większego i ma własny, odmienny od innych, choć zazębiający się z nimi, charakter), są krainami, do których wyprawa wciąż wiąże się z przyjemnym ryzykiem natrafienia na coś niespodziewanego.
(ktoś powinien podsunąć "Gusła" Marii Janion, ciekawe co by na ich temat powiedziała; aha, tu (http://metal.pl/recenzja.php?id=180) recenzja z innego punktu widzenia)
Już w trakcie słuchania tego naszła mnie ochota na taką nostalgiczną wycieczkę:
FatBoy Slim "You've Come a Long Way, Baby"
Rok 98, hm, tak przypuszczam, choć może album kupiłem później, ale pamiętam, że miałem go mniej więcej wtedy, gdy teledyski latały na Vivie, a single w radiu (ciekawe jakim?).
Jakkolwiek bym nie oceniał teraz tej płyty, to będzie ona dla mnie zawsze ważna, bo była to pierwsza rzecz, której naprawdę słuchałem. Wcześniej coś kupowałem, coś sobie leciało, ale nie poświęcałem temu wiele uwagi. Dopiero twórczość FBS uświadomiła mi, że coś takiego jak muzyka może być czymś ważnym. Uruchomiła we mnie ten mechanizm, że to czego słucham mówi coś o mnie, o tym co we mnie jest, a także może powiedzieć coś do mnie, włożyć we mnie coś nowego. (Z kuriozów: odważyłem się napisać coś co miało być recenzją, ale było opisem kawałków po kolei, na cztery strony A4, to była praca na polski, ha ha, warto by było to odnaleźć.) Od tego czasu wracałem do płyty regularnie, z początku oczywiście ją katowałem, stopniowo coraz rzadziej, być może że nie słuchałem jej już ponad 2 lata.
A jak było dziś? Zaskakująco dobrze, może poza dwoma ostatnimi utworami, które brzmią nieco tandetnie (i pierwszym, którego nigdy nie lubiłem). Na starcie musiałem podkręcić głośność (co przypomniało mi to, o czym pisał (http://chacinski.wordpress.com/2008/02/10/rada-gluchych-nagrodzi-cie-bez-zbednych-slow/) Bartek Chaciński), ale poza tym, trudno byłoby skwitować muzykę stwierdzeniem, że się zestarzała. Uderzyło mnie w niej, że jest bardzo pozytywna, radosna (ta niemal naiwna melodyjka w drugiej połowie "Ganster Tripping"). Zacząłem się zastanawiać, ile muzyki, której słucham obecnie można określić tymi epitetami - chyba małą część. Do głowy przyszedł mi dubstep, chyba z racji tego, że dla mnie tak jak big beat, jest jakąś muzyką klubową, albo taką, która wyszła z parkietów. Ostatni brytyjski wynalazek jest mroczny, chwilami paranoidalny, obsesyjny, często przytłaczający. A jeśli chodzi o Normana Cooka to jego utwory wznoszą, naładowują energią, takie "Soul Surfing" jest przeniesieniem rock'n'rollowej potańcówki w nowe czasy.
Pod względem złożoności i zmienności, czyli generalnie aranżacji to te kawałki ciągle brzmią dobrze, może niektóre partie perkusyjne nie robią już takiego wrażenia jak kiedyś (ale ten odgłos "startującego samolotu" w "The Rockafeller Skank" nadal działa). Zaskoczyło mnie negatywnie użycie sampli wokalnych, kiedyś to nie zwracało tak mojej uwagi, ale teraz denerwowało, że w niektórych utworach jedna fraza jest powtarzana w kółko, bez przerwy.
Takie powroty są zawsze obciążone całą historią obcowania z jakąś płytą, także nie mogą do końca odpowiedzieć na pytanie, jak ten album brzmi dzisiaj, bo nie da się udawać, że to jest pierwsze słuchanie, że nie było poprzednich. Ale ja czuję potrzebę wracania, bo jednak widać pewne różnice, że są takie "Gusła", które się dla mnie "nie zużyły", ale jest też np. "Martes" (rocznik 2002), w który zaczynam wątpić, albo nawet "The Blue Notebooks" ('04), do którego powrót wydaje mi się niemożliwy. Zapewne to mówi więcej o mnie, niż coś obiektywnie o tych albumach.
das Tagebuch
Sonntag, 27.01.2008
A miało być tak pięknie, mieliśmy jechać całą ekipą, a ostatecznie zostałem sam. Tak, samotnictwo też ma swoje zalety, ale przyjemnie by było, jak to mówią, mieć do kogo gębę otworzyć. Na szczęście już pierwszego wieczora poznałem dwójkę Polaków, z którymi potem codziennie wymieniałem opinie o koncertach i o muzyce wszelkiej. (pozdrowienia, jeśli to czytacie).
Po drodze do hostelu poniższe zdjęcie (Rudersdorfer Strasse).
Chwila odpoczynku i w miasto. Ponieważ miałem trochę czasu poszedłem od centrum, okolice Boxhagenerstr., potem nie do końca wiedziałem, gdzie jestem, ale jakiś instynkt mną kierował. W końcu dotarłem do Warschauerstr., która przez następne dni była jedną z głównych dróg (obok Str. der Pariser Kommune) trasy pomiędzy miejscem zamieszkania i Maria am Ostbahnhof. Po akredytację, okazało się, że (wbrew temu co napisali, a co wydawało mi się dziwne) nie muszę odbierać biletów na godzinę przed koncertem/eventem. I całe szczęście, znów miałem czas więc poszedłem ku Kreuzbergowi, dotarłem do Oranienstr., zajrzałem na Naunynstr. Nie ma zdjęć bo aparat komórkowy nie daje rady ciemności, ale są nagrania (zapewne nie najlepsze) np. spod wiaduktu na Holzmarktstr.
No dobrze, dobrze, fajnie, ale przecież głównym celem wyprawy jest Club Transmediale 2008, a nie snucie się po wychłodzonym mieście i nasłuchiwanie dzwonów kościelnych.
Relacja z festiwalu pojawi się na nowamuzyka.pl, na emd zamierzam (podobnie jak z Ad Libitum II) opisać jak najwięcej koncertów z osobna, ale jeśli ktoś odczuwa silną potrzebę przeczytania, o którymś - niech prosi.
W skrócie: najlepsze koncerty (z każdego dnia wybrałem przynajmniej jeden)
- 27.01 - trzy bardzo różne występy, wszystkie niebywale ciekawe: Mattin (oczywiście nie powiemy o tym, że było to najlepsze, jeśli jesteśmy burżujami świadomymi tego, że ten pan nas epatuje); Daniel Menche; Mark Bain
- 28.01 - chyba jednak Christian Marclay i Flo Kaufmann, choć Optical Machines też mieli momenty
- 29.01 - bezapelacyjnie, bliski doskonałości, Thomas Ankersmit
- 30.01 - ciężki dla mnie dzień, tzn poświęcony metalowi i różnym wariacjom na jego temat, trochę ożywienia na koniec dzięki Shit And Shine
- 31.01 - najsłabszy dzień, gdybym nie spóźnił się na Machinefabriek to być może on, a tak jedynie Groupshow dał radę
- 01.02 - ten wieczór miał należeć do Alva Noto, ale powiew świeżości z Japonii - Keiichiro Shibuya okazał się o wiele ciekawszy
- 02.02 - myślałem, że nie dotrwam, ale warto było czekać na Mouse on Mars.
Zaskoczenia/odkrycia: oprócz wymienionych Shit and Shine i Shibuyi, Pure - nie wiem, jak mogłem dotąd nie zetknąć się z jego twórczością, wydaje trochę, ma własną wytwórnię, współpracował z Siewertem. Teraz przypominam sobie, że po recenzji we Fluidzie (dawno, dawno temu) jego "Home Is Where My Hard Disk Is" wrzuciłem sobie do głowy, na listę "do sprawdzenia", ale niezbyt skutecznie. Czy dla niego warto pojechać do Torunia? Hmmm...
Pierwszy wieczór to przede wszystkim oswajanie się z niesamowitym nagłośnieniem w Marii. BJ Nilsen trochę nie daje rady i słychać rozpraszające pierdzenie w głośnikach, które mi nie pozwala rozpływać się w nakładanych na siebie dźwiękach instrumentów smyczkowych. Ale grający po nim umieją wyzyskać nagłośnienie, ten moment, gdy ziemia zaczyna drżeć podczas koncertu Menche'a, to poczucie panowania nad przestrzenią (albo wręcz jej kreowanie, wyznaczanie) przez twórcę (co też wcześniej u Mattina).
Po koncertach idę do sklepiku festiwalowego mieszczącego się w klubie. Nie mogę się oprzeć i zaopatruje się w trochę niemieckiej muzyki: "Ovalprocess", "Dok", "Rhythm" (uderzają zwięzłością tytułów).
Przy wyjściu poznaję Ewelinę i Andrzeja, okazuje się, że mamy hostele na tej samej ulicy, gadamy o różnych rzeczach, droga mija szybko.
Gdy już leżę i staram się zapaść w siebie, żeby łatwiej zasnąć, do mojego łóżka podchodzi jakiś facet i zaczyna mi udowadniać, że to jego miejsce. Okazuje się, że oboje dostaliśmy ten sam numer, on na szczęście nie chce robić awantury i idzie do recepcji po nową powłoczkę, lokuje się na dolnym łóżku. To są właśnie uroki hostelu, za takie atrakcje płaci się 10 euro za noc. Nie wyobrażam sobie, żebym miał tu nocować przez tydzień, dlatego rozkoszuję się myślą, że oprócz tej jeszcze tylko jedna noc w tym przybytku.
Montag, 28.01.2008
Pogoda może nie najładniejsza, ale nie pada. Dalej praktykuję metodę kontrolowanego gubienia się (z mapą w torbie), tzn wypuszczania się gdzieś zachowując jedynie ogólną orientację, w którym kierunku idę. Tym razem okazuje się, że na Friedrichshain, przez Karl-Marx-Allee, potem Petersburger Strasse. Na Landsberger Allee odkrywam opuszczony (chyba nie do końca?) budynek. Zaraz obok niego jest nowoczesne kino.
Fotografuję street-art, którego jest tu trochę.
Potem kościół przy Friedenstr., którego teraz nie mogę zidentyfikować.
Zrobiła na mnie wrażenie ta "dobudówka", tam się mieści restauracja. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego w Polsce.
Chodziłem wokół, aż w końcu wszedłem na cmentarz, według mojego planu to dwa cmentarze obok siebie, ale teraz już chyba połączone w jeden: Georgen-Parochial-Friedhof.
Jestem naprawdę zadowolny z tego zdjęcia:
Było tam bardzo spokojnie, z dala dochodziły dźwięki samochodów, ale na pierwszym planie były ptaki. Widziałem panią, która stała z wyciągniętą ręką i czekała, aż przylecą. Widziałem też wiewiórkę, co dla takiego miastowego jak ja jest sporym przeżyciem. I jeszcze zapach wilgotnej ziemi.
Powrót do hostelu, regeneracja i spacer do General Public. Właśnie gdy pomyślałem, że wszystko jest tu w miarę blisko, okazało się, że jednak nie. Ostatni odcinek trasy już w deszczu. W GP odbywała się ta wystawa prac (http://www.clubtransmediale.de/club-transmediale/program/23/unpredictable-encounters.html). Poniżej instalacja Niklasa Roya i Wojt3ka Kucharczyka.
Całe pomieszczenie wypełnione różnymi wiatrakami na stelażach i lampami. Można je było włączać i wyłączać. Nie, pewnie nic z tego nie wynikało.
Znów było sporo czasu do koncertów, ja postanowiłem nie iść na łatwiznę, tzn znaną sobą trasę przez Alexanderplatz i kontrolowane gubienie przeszło w zagubienie. No no, mam, czego chciałem.
Podczas koncertu Marko Cicilianiego ludzie zgromadzeni przy barze byli złyszalni na równi z muzyką. To był problem, gdy ktoś nie grał głośno, a w dodatku (jak teraz) nie było to specjalnie ciekawe. Zrozumiałem, że to nie tylko polska publiczność ma takie podejście, tu też pewna (większa? mniejsza?) część osób przyszła po prostu do klubu, napić się piwa, spotkać się ze znajomymi, pokazać się, a przy tym może czegoś tam posłuchać.
Warto dodać, że w Marii wygląda to tak, że jest przestrzeń koncertowa, wyznaczona przez wiszące w narożnikach głośniki i scenę. I tam ludzie raczej słuchali niż gadali. Ale bar nie jest tak daleko i gwar stamtąd może przeszkadzać.
Jeszcze przy okazji przestrzeni itp, koncerty odbywały się nie tylko na scenie. To znaczy do środy. Np. Optical Machines, Xavier van Wersch grali na niskich podestach ustawionych pośrodku sali, wśród publiczności, która szybko ich otaczała, jakby dopingowała.
Dienstag, 29.01.2008
Od rana dobry humor, bo dziś wyprowadzka z hostelu, do mieszkania znajomego. W tym miejscu ogromne podziękowania dla Jakuba i Franziske, za to co dla mnie zrobili.
Pomysł na dziś to Muzeum Żydowskie, Martin-Gropius-Bau i Neue Nationalgalerie. Droga przez Kreuzberg, czyli np. takie coś:
W budynku zaprojektowanym przez Daniela Libeskinda pełno jest pochyłości, krzywizn, ukośnych linii. Dziwnie chodzi się po pochyłej podłodze, można się przyzwyczaić, ale nie do końca, trzeba zważać na kroki. Cały budynek komunikuje tą niepewność, niestałość. Niemożliwość prostoty, jakby mówił: dzieje ludzkości nie są proste, tak więc architektura (która o nich opowiada) również nie może taka być.
Stąd niedaleko do Martin-Gropius-Bau, wtorek to akurat jedyny dzień, kiedy jest zamknięte. Udaję, że nic to i robię dużo zdjęć na zewnątrz.
Po drodze do Neue Nationalgalerie rzut oka, co się zmieniło na Potsdamer Platz. A potem już kontemplowanie budynku Miesa van der Rohe.
Wtorek był ostatnim dniem, kiedy nie tylko wykonawcom zdarzało się nie grać na scenie, ale też kiedy publiczność miała do dyspozycji kwadratowe puffy. One wyjściowo zapewne służyły do wygodnego siedzenia czterem osobom, ale ja wolałem zaanektować całą dla siebie i leżeć. W tej pozycji cudownie odbierało się koncerty Ankersmita i Pure'a. Podczas drugiego chyba przysnąłem na jakiś czas, ale był to dobry sen, tzn dobre zaśnięcie, nie z nudów.
Do czwartku przed koncertami odbywały się projekcje filmów. Najciekawsze były "Pierre Henry - The Art of Sounds" (świeża rzecz, z 2007) oraz "Kick that habit" (o Voice Crack). Pierwszy podbudował tym, że ktoś w takim wieku ma jeszcze tyle zapału do pracy (np. organizuje koncerty w swoim domu). Drugi pozwolił zerknąć na tajemnicze maszynki i konstrukcje budowane przez Szwajcarów, ciekawa lekcja radykalizmu.
Mittwoch, 30.01.2008
Pobudka, Zavoloka+AGF działają pobudzająco, tzn słuchanie ich płyty. W ogóle ten luksus, naprawdę teraz doceniam, coś dla mnie, w domu, oczywistego, że mogę sobie włączyć jakąś płytę. A w hostelu, ho ho...
Kawa z moim gospodarzem, którego namawiam, żebyśmy się wybrali do Podewils'sches Palais (czyli dawnej Tesli) na "Filmachine" - instalację Shibyui i Takashiego Ikegami. Powinna ona wyglądać tak:
Gdy my tam byliśmy te pionowe światła (gasnące-zapalające się, skoordynowane z dźwiękami) już nie działały, w górnych rogach paliły się reflektory, które nieco psuły efekt. Ważniejsze jednak, jak to brzmiało: elektroniczne, dopracowane, nieco chropowate, drapiące dźwięki krążące przez 8 kolumn po 3 monitory studyjne. Wiele detali (wpływ Ikedy?), ale też momenty wszechogarniającego huku, jak tego z pierwszego dnia, gdy po wiadukcie przejeżdżał pociąg. Albo posuwy jak start samolotu. Generalnie - świetne.
Jakub był tak miły, że podwiózł mnie do Haus der Kulturen der Welt, gdzie odbywało się Transmediale, czyli "festival for art and digital culture". Trochę popatrzyłem na różne monitory i telewizory, ale nic specjalnego nie zobaczyłem.
W sumie najciekawszą rzeczą był film o rosyjskim radarze niedaleko litewskiego miasta Skrunda (tu (http://www.globalsecurity.org/wmd/world/russia/skrunda.htm) wyczerpujący artykuł). Panie i panowie komentujący ten film (jego autorzy?) na szczęście skupili się mniej na historii, a bardziej na wpływie tego radaru na otoczenie. Potem wątek pociągnął jakiś Francuz, który również mówił o działaniu różnych częstotliwości (np. na zjawiska atmosferyczne, podobno Amerykanie zaczęli to stosować po huraganie Katrina). Niestety tak się męczył ze słowami, których mu brakowało, że nie mogłem się skupić na treści.
W całym budynku internet, kilkanaście komputerów, jakby ktoś swojego laptopa nie wziął ze sobą (większość miała), sprawdziłem mejle, zobaczyłem co tam na emd i wróciłem do domu. Więcej już nie byłem w HKW, bo to jednak daleko. Może bym się wybrał w piątek, gdybym za wczasu wiedział, że zagrają tu m.in. Kaffe Matthews, Phil Niblock, Mattin. No ale w programie nikt się takimi rzeczami nie chwali, zgodnie z hasłem festiwalu - "conspire", było to ukryte w ramach 12godzinnego performance'u "Moving forest".
Jeśli chodzi o koncerty, to mogłem wybrać wieczór w planetarium (m.in. Murcof) i lekko spóźnić się do Marii. Jednak byłem też trochę ciekaw pokazywanego wczęśniej filmu o Reynols - całkiem okej, ale zaciął się w 2/3 i potem na osłodę rzecz wokół utarczki Negativland i U2, szkoda że z takim słabym dźwiękiem, że ledwo dało się zrozumieć wypowiedzi.
Jeśli chodzi o koncerty, to byłem przygotowany, że to nie będzie muzyka łatwa (dla mnie) w odbiorze. Nie wiem, no mam jakiś problem z tymi gardłowymi wokalami, nie mogę ich odbierać estetycznie, bo wiem, że artysta tak ich nie odbiera, nie stosuje ich jako ciekawych dźwięków, tylko dlatego że taka jest konwencja (a może się mylę?). Jeszcze jedna refleksja podczas pierwszego koncertu - Abominations, który jako całość mnie nie przekonał, ale być może uratowało go nagłośnienie. Właśnie, może jest tak, że wystarczy z takim sprzętem rzucić coś głośnego i to już będzie się podobać, będzie działać, bo przecież olbrzymia jest siła dźwięku jako wibracji, która oddziałuje na całe ciało. I zwykle jest to poruszające, pożądane, jeśli nie wręcz pozytywne, przeżycie.
Występ Ives#1 też był momentami ciekawy, najgorzej było, gdy grał duet Utarm - rozciągniete brzmienia dwóch gitar (źle się nastawiłem już jak zapalili kilkanaście świec i ustawili z przodu sceny). Kiedy ściągneli oczywiste, przez wszystkich używane częstotliwości, zjechali w dół, do mrocznej pustki, myślałem, że może będzie jeszcze coś ciekawego. Ale wtedy jeden z nich zaczął wydawać z siebie krótkie, żałosne okrzyki. Jednak dopiero miało się zrobić kuriozalnie, dochodzili do finału, rzecz jasna wzniosłego, mocarnego, a tu buu...jakiś problem, nie ma dźwięku. To by jeszcze było nic, tylko, że oni po 5 minutach zdecydowali się wrócić na scenę by zagrać "brakujące" kilka minut koncertu.
Ten wieczór uratowali dla mnie Shit and Shine oraz kupno Nurse With Wound "Homotopy to Marie" przy stoliczku, ozdobionym piórami, muszlami, kośćmi (czaszka chyba mi się przywidziała?) na którym dominowało ciężkie granie. W czasie koncertu wyrwałem się na chwilę, by ze smutkiem spostrzec, że została tylko jedna pozycja z dyskografii SnS - "Jealous of Shit and Shine" (i to ostatni egzemplarz).
Donnerstag, 31.01.2008
Stały punkt programu - wizyta w Neurotitanie.
Jak zwykle przeglądanie płyt, ale jakoś nie miałem nastroju (choć nawinął się Pure wydany w Mego, czyli ten oraz tani split Main/Fennesz).
Piętro nad mały sklep z ubraniami, gdzie projektantka zachwala mi swoje dokonania wiszące w rzędach. Wkłada sporo energii w swoją opowieść, mówi, że z tego jest dumna, że tutaj w kieszeni spodni jest taki myk, że jest taka wnęka, że jak się siada to drobniaki tam wlatują i nie wypadną. Jest mi nieswojo przez tą jej otwartość i głupio, bo wiem, że nie kupię spodni, choć bardzo mi się podobają, no ale kosztują 145 euro. Mówię, że jeszcze pomyślę, zapytam rodziców.
Neurotitan tak jakby po drodze do muzeum w dawnym Hamburger Bahnhof. Najpierw wystawa Bernharda Leitnera (polecam jego stronę (http://www.bernhardleitner.at)), która trafia mi się jak ślepej kurze ziarno. Ten austriacki artysta jest twórcą (chyba pionierem) przestrzeni (rzeźb? instalacji?) dźwiękowych.
Jedna realizacja do doświadczenia na miejscu
I dużo zdjęć z projektów, prac nad.
Oprócz tego stała kolekcja: Donald Judd, Cy Twombly, Rauschenberg, Warhol. Ciekawe pomysły na zestawienia, np. Judd a Bauhaus, choć to bardziej pokazanie pomysłu, tzn wiele prac Judda i kilka małych zdjęć projektów Bauhausu. Najlepiej to zrobione w przypadku Picassa i Roy'a Lichtensteina.
Gdy stanąłem przed czarnym obrazem Rauschenberga oniemiałem, trafił mnie gdzieś głęboko, objął sobą. (Nie myślałem o robieniu zdjęć).
Miałem zapamiętać kto to powiedział, ale się nie udało.
Wieczór to jakieś załamanie, zwłaszcza po tym jak zasiedziałem się na kasetowym koncercie muzyki Conrada Schnitzlera (który wcale kasetowy nie był, ale to akurat najmniejsza bolączka) i wszedłem na ostatnie kilka sekund Machinefabriek. Potem chodziłem wkuty, psioczyłem na Schnitzlerowe dźwięki, coraz gorzej o nich myślałem, choć w czasie wydawały mi się jeszcze do przyjęcia. Potem odstałem swoje na Islaji i Ingatzu stopniowo wytracając negatywne uczucia i wychodząc na zero. Efterklang obserwowałem z boku i nie mogłem się odnaleźć w euforii publiczności, gdyby nie to, że potem był jeszcze projekt Jelinka z Leichtmannem i Peklerem, to z pewnością bym wyszedł.
Ale siedziałem i rozważałem, czy może to jest właśnie klęska urodzaju, może 5 dni po średnio 5 koncertów to za dużo, może już się wypełniłem wrażeniami i trudno będzie mi cokolwiek przyjąć, nic na mnie nie zadziała.
Freitag, 01.02.2008
Piątkowy wieczór, a w zasadzie Shibuya miał udowodnić, że się myliłem, kryzys był przejściowy (uff, uff).
Pochodziłem trochę po okolicy, gdzie mieszkałem i okazało się, że na mojej ulicy też jest fajny street-art
Na ulicy odchodzącej od Boxhagenerstr. trafiłem na całkiem fajny sklep z winylami. Jak zwykle kusiły dubstepy, ale tym razem nie zagłębia sub-basu, a trochę inne rejony: Zyrtax "Aloka" i Frans de Waard, Roel Meelkop "Fragment / {Workshop}". Dla brata Sole "Salt on Everything".
To było takie krążenie na obrzeżach Friedrischshain i Lichtenbergu. Przez moment świeciło słońce, udawałem, że wygrzewam się w jego skromnych promykach na ławce w parku (Stadtpark?). Była tam rzeźba przedstawiająca matkę przytrzymującą dziecko, które uczy się chodzić. Ze względu na temat powinna wzruszać (czy coś około tego), jednak opłakany stan powodował, że wywoływała uczucia bliższe przerażeniu, aczkolwiek podszyte groteską.
Samstag, 02.02.2008
Dziś naprawdę świeci słońce, od razu jest inaczej. Wyprawiam się na Lichtenberg, jest bardzo spokojnie jak się odejdzie od głównej ulicy. Robię wiele zdjęć, bo w słońcu wszystko wygląda lepiej. Poniżej ciekawe "odkrycie" - zniszczony budynek na Buchberger Strasse.
To też gdzieś na Lichtenbergu.
To w pobliżu dworca.
Dochodzę aż do Tierparku, czyli do Friedrischsfelde. Pozytywnie odebrałem te tereny, a potem dowiem się od moich gospodarzy, że Lichtenberg to dzielnica, w której sporo neo-nazistów. Dziwne, żadnego nie dostrzegłem, może jeszcze spali, albo byli na wyjeździe. Podobno Hohenschönhausen i Marzahn są gorsze, stały się takimi "no-go-area".
Na wieczór zostałem zaproszony przez Franziske i Jakuba do arabskiej restauracji Baraka (Lausitzer Platz 6). Rzadko mam styczność z tą kuchnią, ale wszystko mi smakowało, polecam. Stąd blisko do Ballhaus Naunynstr., gdzie prezentacje po warsztatach.
Najbardziej podobało mi się to, co robiła Alejandra Perez Nuñez. Nie do końca pojąłem na czym dokładnie to polegało, ale tekst z czatu był zamieniany na dźwięk, zniekształcany (przy użyciu Pure Data?). Nic wielkiego, ale do tego trochę surowej elektroniki i było fajnie. (jej strona (http://www.elpueblodechina.org/)). Wcześniej Jessica Rylan opowiadała o chaosie, o tym jak wykorzystuje go w swojej twórczości (także grafikach) i budowanych przez siebie syntezatorach.
A potem długa imprezowa noc w Marii. Oczekiwanie na Mouse on Mars nie było aż tak straszne, bo w międzyczasie zagrali MEC, trochę w okolicach Drop The Lime (te porozgniatane bity, dziwne tempa), a Jason Forrest jako DJ Donna Summer zapodał chamskie techno i zagrzewał publiczność do tańca.
Długa noc, jak wracałem do domu to byłem już głodny. Jak na życzenie - sklep "Frühstück ab 5. Uhr".
Sonntag, 03.02.2008
Moi gospodarze byli tak mili, że zawieźli mnie na dworzec. W pociągu pięcioro dzieci skutecznie uniemożliwia koncentrację na książce. W polskim pociągu nie ma dzieci, za to są Polacy, którzy "rozmawiają" ze sobą przez cały wagon na tematy w stylu "chujowe chipsy kupiłaś".
Po całym tygodniu niezwracania uwagi na to, co mówią ludzie w metrze, na ulicy, bycia wolnym od tego mentalnego smogu, uderza mnie to ze zdwojoną siłą.
